poniedziałek, 29 września 2008

Dziś inaczej

Od kilku raptem miesięcy co niedzielę o godzinie dwunastej w stacji ABC nadawany jest sponsorowany przez BP krótki program pod nazwą Energy Report. W ciągu zaledwie pięciu minut publiczność uzyskuje ogólne informacje na temat problemów, z którymi zmaga się światowy rynek paliwowo-energetyczny. Każde wydanie kończy się stwierdzeniem: We have oil on our shores, we have alternative sources of fuel, and we have a plan, but we need your help to make it real. Pojawienie się w tzw. antenowym prime time programu o takiej treści wydaje się znamienne, podobnie jak fakt, iż w amerykańskich księgarniach rekordy popularności bije wydana przez Alexa Steffena książka pt. World Changing. A User’s Guide for the 21st Century z przedmową Ala Gore’a, będąca swoistym kompendium wiedzy na temat aktualnego stanu środowiska naturalnego, możliwości wdrożenia zasad zrównoważonego rozwoju na poziomie lokalnym, a także rozwijanych obecnie technologii, które w przyszłości pozwolą zminimalizować zużycie surowców i żyć ekologicznie. Książkę można kupić w drogerii, sklepie z ubraniami, supermarkecie i na stacji benzynowej. Modelowym czytelnikiem jest obywatel zamożnego kraju, który w niedługim czasie może być niemile zaskoczony cenami energii, benzyny i wody, a także ratami kredytu za dom, który niedawno kupił nie za swoje pieniądze.
Podczas gdy Polska zmaga się z nakazem ograniczenia emisji CO2, niedokończonym procesem unbundlingu sektora enegetycznego, potrzebą gruntownej restrukturyzacji przedsiębiorstw paliwowo-energetycznych, a także wyznaczeniem jasnych celów przyszłej polityki energetycznej, kwestie pozyskiwania i zużycia energii elektrycznej oraz paliw są wiodącym i najszerzej omawianym tematem aktualnej kampanii prezydenckiej w USA. Podczas gdy polski rząd nie może się uporać z wyznaczeniem jasnych rozwiązań w zakresie poprawy efektywności energetycznej oraz koniecznej modernizacji sieci przesyłowych, John McCain i Barack Obama rywalizują o głosy wyborców odwołując się do własnych recept na zapewnienie bezpieczeństwa eneregtycznego USA. Jednakże, zarówno w przypadku Polski, jak i Stanów Zjednoczonych, trudno o jakiekolwiek konkrety. Można wręcz odnieść wrażenie, że im częściej dyskutowany jest temat koniecznych zmian w sektorze energetycznym, tym mniej z tego wynika w praktyce. Brakuje konkretnych pomysłów na rozwiązanie globalnego kryzysu energetycznego, który, choć nie jest nieuchronny, staje się coraz bardziej realny.
Rzecz jasna, w ostatnich dniach tematem numer jeden kampanii jest kryzys finansowy. Jednakże to rozwiązanie problem bezpieczeństwa energetycznego , poza kwestią wojny w Iraku, jest – obok kwestii irackiej - elementem najsilniej różnicującym programy wyborcze kandydatów, a tym samym stanowi kluczowy punkt ich starcia w czasie debat. Celem obu kandydatów w zakresie doktryny bezpieczeństwa energetycznego wydaje się być całkowite uniezależnienie USA od dostaw zewnętrznych. Założenie wysokiej samowystarczalności amerykańskiej gospodarki, która w przyszłości ma się opierać niemal wyłącznie na własnych zasobach surowcowych (patrz: słynne i lansowane ostatnio przez media hasło - drill, baby, drill!) rodzi szereg słusznych wątpliwości, ale jest zrozumiałe z punktu widzenia dynamiki wzrostu cen ropy i sytuacji USA jako jednego z jej największych konsumentów. Światowy popyt na ropę stale rośnie, mimo iż niebotycznie rośnie także cena. Obecnie za baryłkę ropy płaci się 147 dolarów, podczas gdy jeszcze trzy lata temu wspominanie o możliwej cenie 150 dolarów za baryłkę uważane było za niczym niepoparte czarnowidztwo. Trudno zatem stwierdzić, ile ropa może kosztować za dwa, trzy kolejne lata, zwłaszcza że żaden analityk rynku nie ośmieli się w obecnej sytuacji wyznaczyć górnej granicy tej ceny. Szacuje się, iż jej światowe zużycie w 2030 roku będzie wynosić 115 milionów baryłek dziennie, co rodzi szereg pytań o źródła dostaw, zwłaszcza w obliczu ostatnich analiz i artykułów, alarmujących, iż złoża w Arabii Saudyjskiej wcale nie sa tak obfite, jak wcześniej sądzono.
W czasie ostatniej debaty John McCain jednoznacznie opowiedział się za rozwinięciem programu budowy elektrowni atomowych. Kandydat republikanów podkreślał, że plan ten pozytywnie wpłynie na gospodarkę, bowiem pozwoli na stworzenie kilkuset tysięcy miejsc pracy, zwiększy bezpieczeństwo energetyczne oraz wpłynie korzystnie na klimat, gdyż pozwoli na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. McCain stwierdził, że tylko budując nowe elektrownie atomowe Stany Zjednoczone są w stanie uwolnić się od coraz bardziej kosztownego importu surowca. Jego plan przewiduje budowę 45 nowych reaktorów atomowych w ciagu najbliższych 8-10 lat, co jest pomysłem ambitnym, ale – biorąc pod uwagę doświadczenia innych krajów w tym zakresie – mało realistycznym. Barack Obama nie określił jednoznacznie co do roli, jaką chciałby w przyszłym wytwórstwie energii wyznaczyć elektrowniom atomowym. Wypowiadał się wprawdzie co do składowania odpadów nukleranych na terenie USA, ale zaatakowany przez McCaina przyznał, iż budowa reaktorów może być jedynym rozwiązaniem w obliczu stale rosnącego zużycia, wyczerpujących się zasobów i cen surowca importowanego z zagranicy. Brak spójnej wizji rozwoju energtyki atomowej wynika po części z faktu, iż Obama stawia przede wszystkim na zieloną energię. W przeciwieństwie do McCaina, stale podkreśla konieczność inwestowania w odnawialne źródła energii (słońce, wiatr i pływy), odwołując się m.in. do chińskich, skądinąd spektakularnych doświadczeń w zakresie budowy kolektorów słonecznych (tzw. China’s Solar Boom). Proekologiczny program wyborczy Obamy zakłada zwiększenia inwestycji w odnawialne źródła energii, które istotnie mają w USA duży potencjał rozwojowy. Na wybrzeżu Maine można wybudować fermę wiatrową, która mogłaby zaoptarzyć w energię cały stan, a tym samym stanowić ekwiwalent 5 reaktorów atomowych. Zatoka w stanie Maine posiada 100 gigawatów energii wiatowej, co samo w sobie stanowi 10% amerykańskiego zużycia.
Niepokoi i dziwi jednak fakt, iż żaden z kandydatów, iż żaden z kandydatów explicite nie odnosi się do kwestii efektywności energetycznej i racjonalnego zużycia. Wyznaję pogląd, iż poprawa efektywności energetycznej leży w gestii samych użytkowników energii, ponieważ to oni – trywialnie rzecz ujmując –podejmują decyzję o tym, czy wyłączą światło z pomieszczenia, z którego właśnie wychodzą. Jednakże osiągnięcie wysokiej efektywności energetycznej pośrednio jest skutkiem wprowadzenia odpowiednich regulacji oraz wdrożenia mechanizmów rynkowych, które sprzyjają wybieraniu rozwiązań energooszczędnych przez samych konsumentów. Uważam także, że zadaniem rządu państwa takiego jak Stany Zjednoczone powinno uświadamiać swoich obywateli, że czas zacząć oszczędzać. Społeczna niewiedza nie rozwiązuje żadnych problemów, a niespodzianki, zwłaszcza w dziedzinie gospodarki, często bywają przykre – aktualny kryzys finansowy zdaje się to potwierdzać. Państwo może wpływać na potencjalną poprawę efektywności zużycia energii wspierając wdrożenie interaktywnych metod zarządzania zużyciem energii. Rzecz jasna, czas kampanii wyborczej nie jest najlepszym momentem, by informować wyborców, że przed nimi chude lata. Z drugiej jednak strony, skoro tyle mówi się o bezpieczeństwie energetycznym, to może warto powiedzieć tę najważniejszą rzecz: żeby sektor mógł funkcjonować właściwie, obywatele muszą zużywać energię racjonalnie. Proekologiczna Europa z ideą handlu emisjami CO2 i wspieraniem gospodarki opartej na zasadach zrównoważonego rozwoju nie jest w stanie wiele zdziałać, bo to nie ona konsumuje najwięcej. Nawet jeśli dziś cena ropy naftowej i innych surowców chwilowo spadła dramatycznie w związku z kryzysem finansowym i odrzuceniem Planu Paulsona przez Kongres (ok. 9 proc.), to rzeczywista cena energii już jest wysoka, a będzie jeszcze wyższa, niezależnie od tego, jaki bedzie jej kolor, ponieważ niebawem przestanie być dobrem oczywistym. Retoryka obu kandydatów na fotel prezydencki, przesycona obietnicami zagwarantowania trwałego bezpieczeństwa energetycznego i samowystarczalności opartej na atomie, bądź na źródłach odnawialnych, a także nieprzerwanych dostaw prądu, umacnia obywateli w przekonaniu, że jeśli wybiorą właściwego kandytata, nie będą musieli troszczyć się o to, by cokolwiek zmieniać. Tymczasem problem zużycia energii jest realny, jak mało który i tak bardzo zależy od splotu wielu czynników, działających zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, lokalnej, państwowej i globalnej, że jeżeli wszyscy nie zaczną sensownie gospodarować dobrem, jakim jest energia, to nikt nie będzie mógł z niego korzystać.
patrz także: www.sobieski.org.pl

Etykiety:

Motto na dziś



House Rejects Bailout Package, 228-205; Stocks Plunge...

niedziela, 28 września 2008

Bo w życiu...







trzeba mieć jakiś cel, obrać pewien kierunek, określić się, znaleźć pomysł na siebie i poczuć prawdziwą wolność. Tak.

sobota, 27 września 2008

Nowi przyjaciele ze stustreetowego lasu










Niestety, nie wszyscy. Kilkoro jeszcze umknęło mi z kadru, ale znajdą się. Nie wiem, czy robię się sentymentalna, czy zwyczajnie stara, ale zdecydowanie stępił mi się pazur, bo ostatnio poważnie rozważałam zmianę nazwy bloga. Z szorstkiej przyjaźni na trudną miłość, żeby było bardziej adekwatnie. Oczywiście, nie zrobię tego ze względów marketingowych, ale niech przynajmniej będzie znak, że takie myśli chodzą mi po głowie.

środa, 24 września 2008

On także mieszka w Nowym Jorku

niedziela, 21 września 2008

Czytam i oglądam



książkę z przedmową Ala Gora, zdjęcia, widoczki, lanszafciki i ludzi. Ludzi przede wszystkim. Pogoda sprzyja, jesień pełną gębą (złota, polska, chciałoby się rzec) i nawet niespecjalnie gniewam się na bezdomnego Polaka, który brzydkiemi słowy kazał mi oddalić się z Tompkins Square Park, albowiem jest to miejsce, w którym przebywają wyłącznie ludzie pozbawieni schronienia. Ale nie poszłam sobie precz, tylko rozsiadłam się jeszcze bardziej. Takie polskie sprzeczki.

sobota, 20 września 2008

Spotkane nocą





kusi, ciekawi i bawi.
Śmieszy, tumani, przestrasza.

środa, 17 września 2008

A mieszkam...




mniej więcej tu.

wtorek, 16 września 2008

Jesień, jesień, jesień...




Liście spadają z drzew.
Jesień, jesień, jesień,
dzieci zbierają liście na wuef...

niedziela, 14 września 2008

Czasem słońce, czasem deszcz...





ale, ogólnie rzecz biorąc, trzymamy się nieźle.

Osobliwości





sobota, 13 września 2008

Dla złaknionych wiedzy






to nie krwiożercza korporacja, to po prostu BOBST.

piątek, 12 września 2008

Rynek pracy dla filozofa w NYC:

"philosophy" jobs in New York, NY :

Job Title Company Location
Institutional Sales B. Riley & Co. New York City, NY
Clinical Coding Specialist (#3024990) Medfocus East Hanover, NJ
Senior Manager, Leadership - Ann Taylor University Ann Taylor New York, NY
Sales Engineer Kinsley Power Systems Westchester, NY
Physical Therapist Director-Outpatient Ortho Critical Connection Winfield Park, NJ
VP, Account Director Momentum Worldwide New York, NY
MS Field Engineer Axispoint Elmsford, NY
Nurse Care Coordinator Execusearch Group Nyc, NY
Director, Training Nyc Retail Organization New York, NY
Investment Counselor David Lerner Associates David Lerner Associates
White Plains, NY



Akcenty polskie






Jedne bardziej ewidentne, a inne mniej. Zwłaszcza obrazek z obrazkami jest pokrętny, tym bardziej, iż zrobiony w sklepie Tommy'ego Hilfigera na SoHo, ale nie będę ogłaszać konkursu ze stuzłotową wygraną, dla tego, kto znajdzie polskie literki. Wolę konia z rzędem na ewentualną nagrodę zainwestować w gifciki z Hameryki. Ale ad rem: oczywiście jest Greenpoint, o którym wszyscy wiedzą. Są też, rzecz jasna, inne dzielnice z orzełkiem. Nową mekką Polaków jest na przykład Ridgewood na dalszym Brooklynie (ten, kto kiedykolwiek przeglądał oferty mieszkaniowe na bazarynka.com, wie, o co chodzi). Zdecydowanie najłatwiej i najtaniej jest znaleźć tam pokój dysponując jedną, skądinąd niezasłużoną, lecz wrodzoną cechą - polskością. Ostatnio ksiądz Mikołaj, z którym weszłam w relację najmu, poinformował mnie, że upgradowana skądinąd dzielnica East Village na dolnym Manhattanie kiedyś była w dużej części polska. Teraz Manhattan jest niestety zbyt drogi, a ceny nieruchomości szaleją bardziej niż gdziekolwiek indziej, więc większość Polaków wyniosła się do tańszych miejsc, ale nadal można tu i ówdzie wyśledzić biało-czerwone akcenty - a to restauracja Grażyna, a to sklep Baczyński, a to Bar Polonia z bortschem i kelbasa, nie wspominając już o samym Kościele św. Stanisława, który widać z daleka z uwagi na słusznych rozmiarów popiersie Papieża u wrót. Tam właśnie się przenoszę, to znaczy, z przyczyn oczywistych nie do kościoła, tylko w jego bliską okolicę. I myślę po cichu, że to będzie to.

czwartek, 11 września 2008

Retro






Wakacje niestety się skończyły, ale wrócę do nich jeszcze ze dwa, trzy razy. Z pewnością w wieczory takie jak ten - kiedy miasto jest męczące, kiedy kolejka w Wholefoods przy Union Square jest absolutnie nieznośna, kiedy wraca się godzinę metrem z siatami pełnymi jedzenia, które przypuszczalnie będzie się spożywać w pojedynkę, kiedy wysiadając z tegoż metra człowiek płci żeńskiej natyka się na tych autochtonów z Queensu, których szczodre komplementy doprowadzają do furii i niemocy zarazem, i kiedy chętniej się pisze bloga niż rozmawia. Bywa, trudno. Przecież nie zawsze może być święto lasu. Czasem, dla równowagi, zdarza się jesień średniowiecza.

Psy w NY





jest ich mnóstwo, w realu, na billboardach i posterach. Mają do dyspozycji tony pieczołowicie dobranych ubranek, własne salony mody i fryzur ,oraz zawodowych wyprowadzaczy, i wszyscy się nimi zachwycają. Na ogół śliczne dziewczyny w japonkach, zwiewnej sukieneczce i koczku a la Audrey Hepburn mają małe, chude pieski z wyłupiastymi oczkami, powiedzmy - foksteriery albo pekińczyki, a przystojni chłopcy w Central Parku - sznaucerki o imieniu Tobey lub Lionel. Starsze panie mają nieco sfatygowane pudle. Cóż, fizjonomia rządzi się swoimi, twardymi prawami, a każdy dostaje takiego pieska, na jakiego zasłużył. Ja marzę o zwalistym poczciwym basecie (co z prawiami fizjonomii??), bo jest zen i ma klasę. Ot, co.